Transformacja

Czym jest transformacja i kiedy możemy mówić, że do niej doszło? Czy transformacja zawsze musi oznaczać progres? Czy regres to już nie transformacja?

Zdjęcie po lewej stronie zostało zrobione pod koniec 2021 roku, natomiast to po prawej w końcówce 2016. Czy w takim razie nastąpiła transformacja? Ktoś mógłby powiedzieć, że transformacja niekoniecznie, ale regres z pewnością. To jest dość logiczne.

Najpierw jesteś gruby, później chudniesz – to jest transformacja, progres. Było gorzej, teraz jest lepiej. Jak jest na odwrót, to już nie jest transformacja, nie ma progresu. Ale czy na pewno? Czy wszechświat posługuje się taką logiką, jak nasz umysł? A może dla wszechświata każda zmiana to transformacja? Bez kategoryzowania – czy to progres, czy może regres. Czy gdyby zmiana nie była potrzebna, to doszłoby do niej? Czy zmiany są dla kaprysu, czy mają jednak jakieś głębsze znaczenie?

Teraz krótka historia z mojego życia:
Od około 2007 do 2016 cały czas goniłem jakąś chimerę. Eksploatowałem swój organizm do granic możliwości, aby zyskać poklask i aprobatę ze strony społeczeństwa i tym samym dowartościować siebie. Naiwnie myślałem, że poczucie wartości jest gdzieś na zewnątrz, więc tam go szukałem. Spełniałem zachcianki wszystkich dookoła, zapominając o swoich potrzebach. Robiłem setki rzeczy, byleby tylko coś robić (bo pseudo uduchowieni ludzie wmówili mi, że nic nie robiąc, nie rozwijam się). W tym miejscu posłużę się cytatem z filmu Bad Boys for Life:

“- Jest taki buddysta. Żyje sobie w górach, hen wysoko. Schodzi krętą drogą. Aż tu nagle znikąd pojawia się drugi facet. Pędzi na niego na koniu. To chyba też buddysta. W sumie to nie jestem pewien.
– Niech obaj będą buddystami.
– W porządku. Facet na koniu pędzi na naszego z taką prędkością, że ten musi odskoczyć, by nie dać się przejechać. Wstaje cały w kurzu i pyta: ‘Dokąd tak zapieprzasz?’. Ten na koniu odpowiada: ‘Nie wiem! Spytaj konia!’.
– Spytaj konia?
– Dokładnie. O, to ten wyraz twarzy. Zrobiłem dokładnie taki sam. Koń reprezentuje nasze wszelakie lęki i traumy. Każe nam gnać sto pięćdziesiąt na godzinę, aż nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na proste pytanie. ‘Dokąd zmierzamy?’”.

Dokładnie tak było ze mną. Zapieprzałem na tym swoim koniu jak oszalały. Na ślepo, bez wiedzy dokąd tak gnam. Wtedy myślałem, że doświadczam transformacji, progresu. Fizycznie prezentowałem się świetnie. Nie wiedziałem jednak, że poczucia wartości nie dostaje się z zewnątrz. W środku wciąż byłem wrakiem. Nadal byłem przepełniony lękiem, traumą.

Pędziłbym tak pewnie aż do momentu zderzenia z jakąś przeszkodą, ale wszechświat wyciągnął do mnie swoją pomocną dłoń. W roku 2017 otrzymałem w darze od wszechświata chroniczne zmęczenie oraz wypalenie energetyczne (zawodowe). W skrócie wyglądało to w ten sposób: rano wstawałem z poczuciem większego zmęczenia, niż jak kładłem się spać. Nie mogłem uprawiać już sportu. Bardzo chciałem, ale zwyczajnie nie miałem sił na to. Brak satysfakcji z wykonywanej przeze mnie pracy dobijał mnie dodatkowo. Przez to początkowo odebrałem te podarki od wszechświata jako przekleństwo. Czułem się zdradzony, okradziony, bo przecież odebrano mi możliwość robienia tego, co tak bardzo kochałem.

Dopiero gdy nabrałem dystansu do tego, co mnie spotkało, zacząłem dostrzegać w tym pewnego rodzaju szansę, okazję do prawdziwej transformacji i prawdziwego rozwoju. Nowe okoliczności sprawiły, że musiałem się zatrzymać, przerwać ten karkołomny galop. W końcu mogłem na spokojnie zapytać samego siebie: dokąd zmierzam? To wyhamowanie pozwoliło mi dostrzec, że poczucie wartości jest we mnie, wewnątrz i nie może być choćby dotknięte przez cokolwiek z zewnątrz. Zacząłem zupełnie inaczej postrzegać wiele spraw. Inaczej widziałem od tej pory siebie.

Zrozumiałem, że bez względu na okoliczności, czy będę chudy, czy gruby, w super formie, czy w totalnej rozsypce — muszę być dla siebie wsparciem. Nie myślimy o miłości, wyrozumiałości do siebie, kiedy wszystko idzie po naszej myśli, wszystko pięknie się układa. Myślimy sobie, że to naturalne i cały czas tak już będzie. Aż do któregoś dnia, kiedy to wszystko się rozpada na drobne kawałki. Kiedy wszystko jest nie takie, jakie powinno, kiedy nie masz sił na nic, kiedy nie masz pojęcia, dokąd to wszystko prowadzi. Wtedy rozpoczyna się prawdziwa lekcja miłości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*